Na dole pzed schodami "kolekcja" dziwnych rzeźb - rubensowskich kształtów kocur, metalowy koń (osioł?), zając na dzwonie :D, naskakujące na siebie kozice itd. Miły i nieoczekiwany akcent - nieznajomy przechodziń częstuje mnie cukierkiem, o dziwo polskim fistaszkiem od Wawela. Nie wiedział przecież, że jestem z Polski, a tu taki patriotyczny prezent na obczyźnie :-) W Erywaniu, jak i w ogóle w Armenii, nie spotykałam Polaków (ok, raz usłyszałam język polski "na mieście") w przeciwieństwie do Gruzji, gdzie stale wzrasta zagęszczenie Polaków na metr kwadratowy.
Idę pod Operę, siadam w parku ( a parków są tu setki i jeszcze trochę) i obserwuję powolne i sielankowe życie mieszkańców Erywania. Od razu zakochuję się w tym mieście...nawet w jego monumentalnej zabudowie z jasnego kamienia, szerokich ulicach, promenadach i rozgrzanych do niemożliwości chodnikach, po którch po jakimś czasie nie masz siły chodzić. Zapuszczam się w okolice poczty, która okazuje się już nie być pocztą, a wielkim targowiskiem telefonów komórkowych i innych tego typu akcesoriów. Przed pocztą ogromny sowiecki kompleks fontann - niedziałający, podniszczony ale wciąż zadziwiający swoim ogromem. Może renowacja dojdzie i do niego, przecież Erywań to miasto-plac budowy.
Pobyt w Erywaniu nie byłby taki miły, gdyby nie atmosfera w hostelu, długie rozmowy z podróżnikami z całego świata, różnej maści wolontariuszami amerykańskich Peace Corps, wolnymi duszami i niemieckimi staruszkami. Mieszkam z Turkiem podróżującym samotnie po Kaukazie. Ten to ma co opowiadać, nie od dziś wiadomo, że Ormianie nie pałają miłością do swoich sąsiadów z Zachodu... Do późnych godzin nocnych rozmawiamy, rozmawiamy o wszystkim nie wyłączając "trudnych" stosunków polsko-czeskich (pod nieobecność naszych czeskich współlokatorów :D ). Następnego dnia mam z Anką i Grześkiem jechać na objazdową wycieczkę po Armenii - z taksówkarzem, który wiózł na z lotniska.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz