Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Armenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Armenia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 sierpnia 2011

6.07 - Między stolicami

Rano żegnam się z Anką i Grześkiem, jeszcze tylko częstują mnie słynną gruzińską oranżadą Kazbegi o smaku... capuccino. Jeżeli zapomnieliście, jak smakuje Panadol i podobne mu leki z Waszego dzieciństwa to polecam capuccinowe Kazbegi! Późniejsze doświadczenia z tym napojem  (oprócz smaku kremowego...)mam już o wiele lepsze.
Objuczona maszeruję po Mashtots w kierunku znanego mi już dworca. Ludzie śpieszą się do pracy, robią zakupy i oczywiście znajdują czas, żeby się pogapić. Dłuższą chwilę zastanawiam się, jak przejść przez pewne skrzyżowanie, na którym przejścia dla pieszych nie ma, w końcu przyczajam się za żołnierzem i już jestem po drugiej stronie :-) Przede mną fabryka koniaku i jeszcze kawałek drogi do dworca. Odciski dają się we znaki, ale dzielnie zmierzam do celu...

Na dworcu Irańczycy próbują mnie zwerbować do swojego autobusu (nawet nie wiedzą, jak bym chciałą z nimi pojechać, niestety wizy nie mam), chwilę potem marszrutka do Tbilisi sama mnie znajduje (ot, taka przypadłość ormiańskich i jeszcze częściej gruzińskich dworców), pakuje plecak, pobiera 5000AMD (ok.10 euro) i każe czekać. Zjawia sięjeszcze sympatyczna Niemka w czteromiesięcznej podróży. Była już w Turcji, Iranie i Armenii a na koniec zostawiła sobie Gruzję. W Iranie była sama i dostała wizę, w związku z czym obie psioczymy na irańską ambasadę i moje z nią perypetie.
Siadam na tylnich siedzeniach z zamiarem przespania się albo po prostu odpoczynku. Jakże naiwne założenie! Do dziś wspominam tę podróż jako, owszem, malowniczą, ale najgorszą pod każdym innym względem. Pal licho upał, późniejszy ścisk i stracony czas. Nic nie przebije istnego trzęsienia, jakiego doznawałam siedząc z tyłu. Już wiem, dlaczego wszyscy zajęli "przody", tam nie było tak źle, a ty człowieku podskakuj przez 5 godzin :-) Po godzinie takiej jazdy po "cudownych" ormiańskich drogach, wśród wzgórz i nad przepaściami miałam szczerze dosyć.

Na granicy wysiedliśmy, przeszliśmy odprawę. Po raz kolejny podziwiam Niemkę, która z języków obcych zna tylko angielski - i tylko z nim wypuściła się do Armenii i Gruzji, ja bym się nie odważyła. W zasadzie spotkałam jeszcze kilkoro Niemców, Francuzów i Amerykanów, którzy posługiwali się jedynie angielskim i jakoś sobie radzili. Co kto lubi, ale jestem przekonana, że gdybym nie znała rosyjskiego, na pewno nie przeżyłabym wielu wspaniałych chwil.
Od granicy do Tbilisi dzieli nas ok.godziny jazdy. Stan dróg diametralnie się poprawia, na moim tylnym siedzeniu panuje wręcz luksus. Dojeżdżamy na stację Ortaczala, obskakują nas taksówkarze, którym uprzejmie odmawiamy. Okazuje się, że na dworcu nie pracuje kantor, na szczęście moja współtowarzyszka ma przy sobie kilka lari. Konsultuję się z taksówkarzem co do sposobu dotarcia na dworzec kolejowy. Jedziemy we dwie, bo jak się okazuje, ona ma tam niedaleko umówione spotkanie, a i mój host z couchsurfingu podał mi adres w tamtej okolicy. Jedziemy więc marszrutką 94 przez całe Tbilisi, kluczymy po wąskich uliczkach pod Narikalą, po centrum. Moje pierwsze wrażenie z Gruzji (przede wszystkim tyczące się stolicy) - Gruzini nagminnie nadużywają klaksonów, co w Polsce jest rzadko spotykane i chyba nawet podlega mandatowi w pewnych przypadkach. Tbiliscy kierowcy nic sobie z tego nie robią i trąbią na całego i co chwila! Może dlatego, że miasto bardzo się korkuje, no ale panowie (i panie), trochę wyrozumiałości :-)!
Docieramy do dworca (nie żebyśmy były co do tego przekonane), gdzie znajdujemy kantor. Szukamy ulicy królowej Tamary, przydaje się moja lekko zakurzona znajomość gruzińskiego alfabetu. W ciągu najbliższych dni nabiorę wprawy, ale ten pierwszy dzień był pod tym względem katastrofalny. Jeszcze jakiś czas idziemy razem ulicą aptek. Tak, Koka (host) potwierdził potem moją tezę co do tego, że na dość długiej ul.Tamary nie ma nic innego oprócz aptek.
Z trudem odnajduję swoje lokum, jestem padnięta do granic, na dodatek ul.Agmeshenebeli jest cała rozkopana, remont obejmuje nie tylko jezdnię i chodniki ale też elewacje na odcinku jakichś 2 km, więc przejście tamtędy to nie lada wyzwanie. Do tego upał jak w Erywaniu. Docieram, witam się z Koką, wdrapujemy się na drugie piętro hostelu (Koka prowadzi Sky Hostel przy ul.Agmeshenebeli 77). Chwilę rozmawiamy po czym zostaję sama i odpoczywam... to było mi potrzebne!
Musze jeszcze zapewnić sobie transport na dalszą podróż, wracam więc na dworzec kolejowy (wrr!) z zamiarem kupienia biletu na nocny pociąg do Achałcyche (informacja o pociągu ze strony gruzińskich kolei). Dowiaduję się jednak, że pociągu już nie ma, cudownie. Szybka decyzja w trakcie przechodzenia do innego okienka i oto kupuję ostatni bilet do Batumi (Machindżauri) na 7.07, wersja nocna, wagon kupiejny (płackarty już nie było, ale nie żałuję), 23 lari. Nieco zaskoczona nagłą zmianą planów wracam do hostelu. Następne dwa tygodnie będą ciągłą zmianą planów, więc należy się przyzwyczaić :-)
Wieczorem siedzimy z gospodarzem i jego bratem, oraz mieszkającymi tu prawie na stałe Tarryn z Kanady i Ryanem z UK, gadamy i słuchamy muzyki. Koka bardzo lubi Polaków, puszcza mi nasze piosenki i próbuje śpiewać po polsku - "Nie ma ciebie" Bregovicia i Kayah w jego wykonaniu to bezcenne wspomnienie! Do późnej nocy jeszcze siędzę na balkonie swojego pokoju.... co przyniesie jutro? Mam nadzieję, że nie spotka mnie już taka podróż, jak ta na trasie Erywań-Tbilisi. Cóż, myliłam się :-)

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

5.07 - Hayastan wzdłuż i wszerz

Zgodnie z umową, o 7.00 rano nasza trójka stawia się przed hostelem. Czekamy na Araika, naszego znajomego taksówkarza. Obiecałam "promować" jego usługi w Polsce, więc jeśli ktoś sie wybiera do Armenii - służę numerem telefonu. Araik jest sympatyczny, zna rosyjski w stopniu zadowalającym i zawiezie Was gdzie chcecie!
Czekamy, a kierowcy ani widu, ani słychu. Po pewnym czasie dzwonimy. Telefon odbiera zaspany Araik, zapewne go obudziliśmy, co nie zmienia faktu, że po 10 minutach był już pod Envoyem, gotowy do drogi.
Pierwszy przystanek robimy w Khor Virap, dosłowne tłumaczenie - "głęboka dziura". Na wzgórzu stoi cerkiew (jak zwykle - bardzo stara) i zabudowania okołocerkiewne. W naszym wypadku - pięknie oświetlone wczesnoporannym słońcem.

Mieliśmy szczęście być tam bardzo wcześnie, więc zwiedzaliśmy sami, nie licząc kilku Rosjan, no ale lepsze to niż dzikie tłumy. W cerkwi można zobaczyć wspomnianą głęboką dziurę, w której zły władca przez wiele lat przetrzymywał św.Grzegorza. Po pewnym czasie jednak nawrócił się i poprosił o wybaczenie. Dziura jest naprawdę, naprawdę głęboka, chętni mają możliwość przekonania się o tym na własnej skórze. Z Khor Virap doskonale widać świętą górę Ormian - Ararat. Ormianie twierdzą, że to na Araracie utknęła podczas potopu Arka Noego, z czego podśmiewują się np. Gruzini (cóż, wybór "opcji" należy do Was). Ararat znajduje się na terytorium współczesnej Turcji, wobec czego pielgrzymowanie na jego szczyt jest dla osób narodowości ormiańskiej dość kłopotliwe. Zawsze można sobie popatrzeć z zagranicy. Nomen omen, przy dobrej pogodzie góra jest widoczna z Erywania (na pewno z okolic dworca Kilikia i spod fabryki koniaku (która, podobnie jak liczne sery/wody/wędliny/papierosy/papiery toaletowe w Armenii, nosi nazwę "Ararat"). Aha, w Khor Virap prawdopodobnie "złapie" Was turecka sieć telefonii komórkowej :-)

Odjeżdżamy w kierunku dalece południowym - chcemy dostać się do Tatev, gdzie na górze obejrzymy klasztor i cerkiew oczywiście. Jeżeli ma się mało czasu i chęć zobaczenia najważniejszych miejsc w Armenii i Gruzji to prawdopodobnie większość zabytków i miejsc będą stanowiły cerkwie i monastery, tudzież monastery wykute w skale. Fakt, ogląda się mnóstwo innych rzeczy i podróżuje w inne miejsca, ale jakaś średniowieczna cerkiew zawsze się tam znajdzie.
Droga do Tatev zajmuje kilka godzin, jest dość męcząca, choć trudy podróży rekompensują nam widoki. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że w Armenii jest tylko jedna porządna droga prowadząca z północy na południe (tj. z Erywania do granicy z Iranem). Droga prowadzi przez góry, góry i jeszcze raz góry oraz nieliczne osady czy miasteczka. Można cały czas siedzieć z nosem na szybie i zachwycać się widokami.

No dobrze, po 3 godzinach zrobiło się monotonnie, ale Araik zadbał i o ten szczegół. Najpierw zrobiliśmy postój w najchłodniejszym miejscu Armenii (20 stopni w porównaniu z erywańskimi czterdziestoma), oznaczonym dwoma statuami. Rozwinął się tam maleńki ryneczek i postój marszrutek (dwie nierodzielne rzeczy w Armenii).




Podczas gdy my hasaliśmy po wzgórzach, Araik stukał i pukał w swój samochód. Nic nie wskazywało na to, co było potem. Po tankowaniu na stacji benzynowej wehikuł nie ruszył :-) Pchnęliśmy go naszą silną-polską-trójką i coś tam drgnęło, ale zaraz potem zgasło. Zatrzymaliśmy się przy innym samochodzie, który najwidoczniej też miał problemy. Teraz już większą grupą pchaliśmy Araikowe autko to w dół, to pod górkę (tak, bardzo mądrze). Po ok.10 próbach odnieślismy sukces i ruszyliśmy w dalszą drogę. Tatev szczyci się nową kolejką górską - za jedyne kilka tysięcy AMD możesz najpierw postać ponad godzinę w kolejce a następnie udać się pod monastyr, sunąc przez kilka kilometrów na wysokości 500 m. Kolejka była długa, więc Araik poszedł coś zachachmęcić.Moje przewidywania się sprawdziły - znalazł "genialny" sposób na wepchnięcie nas bez kolejki. Jak mu się to udało? Ano jego daleki kuzyn, mieszkający na stałe w Niemczech, był ponoć głównym inżynierem przy budowie kolejki. A my mamy udawać jego rodzinę ze Szwajcarii (ale dlaczego ze Szwajcarii?), robić zachwycone miny i pod żadnym pozorem nie odzywać się po rosyjsku. Co z tego, że po niemiecku żadne z nas nie umie...Czekamy i czekamy, a z planu jakby nici. Araik więc decyduje się zawieźć nas na górę samochodem (ja chciałam wejść pieszo, bo miałam już serdecznie dość jazdy), co okazuje sie być nie lada wyczynem dla maszyny i sprawdzianem umiejętności samego Araika. Serpentynami wspinamy się na górę. Skoro łady dojeżdżają to dlaczego my mamy nie dojechać!? :)
Przy monastyrze tłumy narodu, trzeba uważać, by nie spaść ze schodów.

Oglądamy, włazimy w różnorakie zakamarki, obcujemy z ormiańską historią. Obcowanie bywa męczące, więc siadam w cieniu wiekowych murów i czekam na moich kompanów. Rzuca się w oczy niezliczona ilość ład. To najpopularniejszy (wg mnie) samochód w Armenii, łada dojedzie wszędzie, załadowana po brzegi i jeszcze z bagażem na dachu. Obowiązkowo biała lub kremowa (a może biała i brudnobiała?). Po samochodach można zresztą rozróżnić Armenię i Gruzję, w tej drugiej ład praktycznie nie spotkasz, ulice wyglądają "po europejsku".
Dobrze, wracamy. Tą samą drogą (jak gdyby była inna...) kierujemy się na północ, w kierunku Erywania, w pewnym momencie jednak odbijamy na wschód, na Martuni. Jedziemy nad ormiańskie morze - zajmujące 7% powierzchni kraju jezioro Sewan. Planuję zostać tam na noc w namiocie i przed południem dnia następnego wrócić do stolicy. Araik już kombinuje, jak ulokować mnie u swoich znajomych za konkretną opłatą i nie przyjmuje do wiadomości, że nie dla przyjemności noszenia taszczę ze sobą namiot. Droga długa, malownicza i znów urozmaicona. Autko zagrzało się na wysokogórskich podjazdach i gdzieś na bezdroży odmówiło dalszej współpracy. Stajemy, chłodzimy (spokojnie, nie musieliśmy chuchać pod maskę!). Niedługo potem znów stoimy, akurat tak, gdzie grupa Ormian urządziła sobie potańcówkę. Na bezludziu kompletnym. W ścianie trzynastowiecznego karawanseraju Anka dostrzega dudka i przez następne pół godziny nie może się od niego oderwać :-)

Po dłuższym postoju auto rusza, ale przez kolejne 2 godziny rozwijamy zawrotną prędkość jedynych 30km/h. Zaczynam mieć dość, ale zaciskam zęby :-) Przejeżdżamy przez Martuni, jedziemy wzdłuż Sewanu, wszędzi witani przez gościnne ormiańskie krowy, bezwstydnie pasące się na szosie. Pogoda się psuje, niebo jest zachmurzone, możemy jedynie wyobrazić sobie, jak piękny jest Sewan w słoneczny dzień. Podjeżdżamy na plażę, zaczyna padać, my jednak decydujemy się na krótką kąpiel.

Z wody wygania nas potężny grad :-) Chowamy się na stacji i przeczekujemy. Tak, z namiotowania chyba nici, to miała być pierwsza noc, którą jednak sobie odpuszczam - mam przecież jakąś alternatywę. Z lekkim żalem porzucam plan zostania tu na noc (ku diabelskiej uciesze Araika - "a nie mówiłem!") i cała nasza trójka wraca do Erywania. Jesteśmy zmęczeni, o kierowcy nawet nie wspomnę. Cudem zdobywam miesce w Envoyu, siadam i myślę, co dalej. W końcu decyduje się na wyjazd do Gruzji, do Armenii zaś planuję wrócić "kiedy indziej" na dłużej, żeby móc pojeździć po kraju marszrutkami i stopem. O tak, Gruzjo, jadę! :-)

W mieście dziwacznych rzeźb

Hostel Envoy znajduje się w centrum stolicy, więc można w miarę szybko i do tego na pieszo dotrzeć w najwazniejsze miejsca. Większość ulic w centrum jest oznakowana zarówno po ormiańsku, jak i po angielsku. Pierwsze kroki kieruję po ulicy Mashtots,na horyzoncie widzę coś ciekawego i zamierzam tam dotrzeć. To Kaskada - monumentalne schody z jasnego kamienia. Z ich szczytu rozpościera się widok na cały Erywań otoczony wzgórzami. Nie polecam wspinania się tam w godzinach popołudniowych, ale jak trzeba to trzeba. Po drodze na górę podziwiam fontanny, fontanienki i pary obejmujące się w zakamarkach kolejnych pięter (oraz przeganiających ich, nie wiedzieć czemu, strażników). Widok z góry naprawdę cudowny!

Na dole pzed schodami "kolekcja" dziwnych rzeźb - rubensowskich kształtów kocur, metalowy koń (osioł?), zając na dzwonie :D, naskakujące na siebie kozice itd. Miły i nieoczekiwany akcent - nieznajomy przechodziń częstuje mnie cukierkiem, o dziwo polskim fistaszkiem od Wawela. Nie wiedział przecież, że jestem z Polski, a tu taki patriotyczny prezent na obczyźnie :-) W Erywaniu, jak i w ogóle w Armenii, nie spotykałam Polaków (ok, raz usłyszałam język polski "na mieście") w przeciwieństwie do Gruzji, gdzie stale wzrasta zagęszczenie Polaków na metr kwadratowy.


Idę pod Operę, siadam w parku ( a parków są tu setki i jeszcze trochę) i obserwuję powolne i sielankowe życie mieszkańców Erywania. Od razu zakochuję się w tym mieście...nawet w jego monumentalnej zabudowie z jasnego kamienia, szerokich ulicach, promenadach i rozgrzanych do niemożliwości chodnikach, po którch po jakimś czasie nie masz siły chodzić. Zapuszczam się w okolice poczty, która okazuje się już nie być pocztą, a wielkim targowiskiem telefonów komórkowych i innych tego typu akcesoriów. Przed pocztą ogromny sowiecki kompleks fontann - niedziałający, podniszczony ale wciąż zadziwiający swoim ogromem. Może renowacja dojdzie i do niego, przecież Erywań to miasto-plac budowy.

Pobyt w Erywaniu nie byłby taki miły, gdyby nie atmosfera w hostelu, długie rozmowy z podróżnikami z całego świata, różnej maści wolontariuszami amerykańskich Peace Corps, wolnymi duszami i niemieckimi staruszkami. Mieszkam z Turkiem podróżującym samotnie po Kaukazie. Ten to ma co opowiadać, nie od dziś wiadomo, że Ormianie nie pałają miłością do swoich sąsiadów z Zachodu... Do późnych godzin nocnych rozmawiamy, rozmawiamy o wszystkim nie wyłączając "trudnych" stosunków polsko-czeskich (pod nieobecność naszych czeskich współlokatorów :D ). Następnego dnia mam z Anką i Grześkiem jechać na objazdową wycieczkę po Armenii - z taksówkarzem, który wiózł na z lotniska.

4.07 - "The very first day" w Armenii

PLL LOT od dłuższego czasu cieszą nas tanimi przelotami z Warszawy do Erywania i Tbilisi. Jeszcze w grudniu 2010r. udało mi się kupić bilet do Erywania w bezczelnie niskiej cenie, powrót zaś zarezerwowałam niedługo potem - łotewskimi liniami AirBaltic z Tbilisi do Rygi. Za niewiele wyższą kwotę można ponoć z nimi dolecieć z Tbilisi do Warszawy z kilkugodzinnym postojem w Rydze.

Rankiem 4.07 wysiadłam na erywańskim lotnisku Zwartnoc, nie ukrywam, że ze ścieśniętym żołądkiem i mocniej bijącym sercem. A więc jestem! Dookoła prawie sami Ormianie, wszystkie napisy po ormiańsku. Wymieniam euro na dramy (1000 dram - ok.2 euro) i staję w długaśnej kolejce po wizę. Wypada dodać, że znajomość angielskiego na tym międzynarodowym lotnisku jest rzadkością, więc przydaje się rosyjski. Wiza na 21 dni to wydatek 3000AMD (6 euro), wyrabiana na miejscu, bez konieczności wklejania zdjęcia, pobierania odcisków palców itd :-) Kolejna, jeszcze dłuższa kolejka wiedzie do odprawy paszportowej, a dalej już tylko odbiór bagażu (należy zrobić to jak najszybciej bo w hali okropnie cuchnie!) i wychodzę na świeże powietrze. Wokół zarysowane we wschodzącym słońcu wzgórza... i tłumy taksówkarzy, oczywiście.
Nie zamierzam dać się naciągnąć (i Wam nie radzę), więc wychodzę poza teren lotniska. Do pierwszego autobusu do Erywania jeszcze kilka godzin, zagaduję więc dwójkę Polaków (Ankę z synem Grześkiem), którzy lecieli tym samym lotem i niedługo potem targujemy cenę taksówki. Oni jadą do hostelu, ja od razu na dworzec autobusowy Kilikia. Upał zaczyna dawać się we znaki - w Warszawie było mniej niż 20 stopni, tutaj temperatura niebezpiecznie i coraz szybciej zbliża się do 40.
Poinstruowana przez taksówkarza czekam na przystanku marszrutek na busik do Etchmiadzyna, gdzie znajduje się kompleks cerkiewny. Czekam i czekam, żar leje się z nieba. Pytam przechodniów, czy na pewno z tego przystanku dojadę, i czy autobus ma jakieś oznakowanie np. numer albo napis po rosyjsku? Tak, młoda dziewczyna konsultuje się z dziadkami i już wiem, że marszrutka na Etchmiadzyn to nr 111. Czekam jeszcze ok. godziny ("podróżowanie to częste czekanie" :D), aż wreszcie uda mi się załadować siebie i dwudziestokilogramowy plecak do rozklekotanego autobusu. Kierowca nie zna rosyjskiego, ja-ormiańskiego, ale jakoś dogadujemy się co do ceny, niestety przystanek muszę znaleźć na czuja (dla nieobeznanych - w marszrutkach zasadniczo to pasażer ustala, gdzie marszrutka ma się zatrzymać i wykrzykuje to przez cały autobus). Tymczasem autobus zapełnia się do granic tak, że ostatni pasażerowie wiszą na otwartych drzwiach. Jestem atrakcją dla współprasżerów - trzeba przywyknąć do tego, że ludzie patrzą się na ciebie jak na przybysza z kosmosu. Kiedy na horyzoncie pojawiają się cerkwie, to najlepszy znak, że dojeżdżam. Wysiadam prawdopodobnie w centrum miasteczka (położonego zresztą niedaleko od Erywania), jak się okazuje - wprost przed parkiem, w którym mieści się wspomniany kompleks cerkiewny. Sam park nie zachwycił, akurat był remont (swoją drogą, gdziekolwiek nie pojechałam, wszędzie był remont!), kilka pomników, dość ciemno i "nieparkowo". Główna cerkiew to jedna z najważnieszych ormiańskich świątyń - bardzo stara i związana zapewne z historią kraju. Jak opowiedział mi napotkany dziadek (który oprócz tego wspominał swój wyjazd do Krakowa przed trzydziestoma laty oraz zapraszał na koniak) cerkiew liczy sobie 33 metry wysokości - bo Jezus żył 33 lata. Mimo wczesnej godziny w cerkwi ruch - jak i w każdej innej cerkwi na Kaukazie, bo Ormianie i Gruzini to narody bardzo religijne. Jak się to ma do rzeczywistości dowiedziałam się niecałe dwa tygodnie później. Różnie to bywa :-)

Przy cerkwi stoji całe mnóstwo budynków, seminarium, klasztor, pomieszczenia gospodarcze oraz chaczkary z różnych miejsc kraju. Można pospacerować, pokontemplować i spróbować rozszyfrować znaki ormiańskiego alfbetu.


Upał daje mi się we znaki, marzę o prysznicu i przebraniu się, więc kieruję się na główną szosę w nadziei na złapanie marszrutki do miasta. Zatrzymuje mnie taksówkarz, który na początku rozmowy stwierdza, że jestem Polką ("bo tu bardzo dużo Polaków przyjeżdża" i on już poznaje na odległość), oferuje podwózkę swoim krążownikiem szos za jedyne 1500AMD. No cóż, nie mam sił czekać, więc jadę, zabijając czas pasjonującą rozmową. Po drodze mijamy erywańską ulicę rosyjskich kasyn oraz ulicę, wyspecjalizowaną w sklepach meblowych. Z czymś podobnym spotkałam się potem w gruzińskim Chaszuri - przez kilka kilometrów po obu stronach drogi przed bramami domów wisiały plecione hamaki. Tylko hamaki. Kosmos :)
Docieram do Erywania, na Plac Republiki. Pytam kilku osób o ul.Puszkina, kierują mnie tak, że przez dłuższy czas błądzę i błądzę, nareszcie docieram... uff, w Envoyu jest klimatyzacja, duży plus dla nich! Spotykam to Ankę i Grześka, już poparzonych palącym słońcem. Po zasłużonym odpoczynku wyruszam na podbój ormiańskiej metropolii, ale o tym w następnym "odcinku".