30 kwietnia w Grodnie po raz pierwszy zorganizowano Festiwal Sztuki Ulicznej. Zebrało się mnóstwo ludzi, nie tylko widzów (których masy przerosły moje oczekiwania) ale i samych uczestników. Występy trwały do późnych godzin. W każdym razie było już ciemno, odpowiednie warunki dla kilku fire show. Niestety był to już trzeci wieczór w Grodnie, więc nie pozostało mi nic innego jak udać się na dworzec i wsiąść do pociągu na Mińsk. Btw, jechałam z Chińczykami studiującymi w Mińsku, rozmawialiśmy sobie po rosyjsku...tzn. oni to raczej próbowali, ale byli w tym przeuroczy. O pierwszym dniu w mieście św.Huberta i aferze z koleżanką (czyt. byłą dziewczyną pewnego człowieka) wspominać nawet nie będę, choć ubaw był po pachy!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białoruś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białoruś. Pokaż wszystkie posty
piątek, 8 czerwca 2012
Coś nowego
Majówkę spędziłam na Białorusi. Ale to chyba nikogo nie dziwi. Nie był to jednak wyjazd podobny do poprzednich kilku. Fakt, trzy dni w Grodnie i dwa dni w Mińsku, co można zrobić/zobaczyć więcej? Można.
czwartek, 8 września 2011
23-25.07 - Mińsk i Mohylew!
I otom w Mińsku! Radość i szczęście rozpierają mą duszę :-) Gdyby nie przelotne deszcze i generalnie średnia poranna pogoda, to w ogóle byłoby super. Idę na Plac Niepodległości, skąd zgarnia mnie poznany przez CouchSurfing Jauhien. Jedziemy do niego do akademika. Po drodze decydujemy, że pojedziemy dziś autostopem do jego rodzinnego miasta – Mohylewa. Ok., czemu by nie. Po krótkim odpoczynku i przepakowaniu manatków lecimy po 20 kilogramów cukru – ponoć w Mohylewie nagle zabrakło go w sklepach i mama prosi, żeby przy okazji przywieźć. Światowy kryzys?! Obciążeni słodkim bagażem wyjeżdżamy na trasę i łapiemy.
To w zasadzie mój pierwszy raz autostopem, więc jestem mega podekscytowana i chcę już, jak dziecko. A tu niestety nie idzie, mijają nas samochody na rejestracjach obwodu mohylewskiego jak i polskie tiry (oż wy!). Jakiś gość w niezłej furze podwozi nas kilkadziesiąt kilometrów, po drodze stwierdza, że ja jako Polka mogę chcieć się zapoznać z rosyjską i białoruską muzyką popularną i on mi to umożliwi. Tak, gościu, pałam taką żądzą. Puszcza więc Pugaczową i „Milion białych róż”, kooooszmar, nienawidzę tej piosenki :-) Na drugi samochód czekamy trochę dłużej, ale opłaca się stać. Dwaj młodzi bracia jadą do samego Mohylewa, popsuło im się radio, więc stwierdzili, że wezmą nas dla rozrywki. Bardzo miło nam się rozmawiało o tym i o tamtym, mam niestety wrażenie, ze pod koniec zasnęłam na chwilę, zmęczenie dało się we znaki :)
Uff, nareszcie Mohylew. Spory kawał maszerujemy na przystanek trolejbusowy. Przy okazji przechodzimy przez Dniepr… nie pamiętam już, ale pewnie zostałam przy tej okazji oskarżona o faworyzowanie Niemna :-) Nie raz jeszcze potem J. zarzucał mi, że nie jestem obiektywna w ocenie jego miasta, i że on nie może zrozumieć, dlaczego tak lubię Grodno. A ja się po prostu droczyłam i próbowałam go tam (tj. do Grodna) zaciągnąć. Po przyjeździe do mieszkania udajemy się na zasłużony odpoczynek. Dopiero późnym wieczorem wychodzimy do miasta i zwiedzamy je w dużej mierze po ciemku, spacerując po zakamarkach, bramach, odkrywając nowe przejścia (tj. ja odkrywam, bo on już je zna). Chyba wtedy zrodziło się nasze chore „zainteresowanie” stylem wileńskiego baroku, które to stanie się swego rodzaju lejtmotywem kolejnego wyjazdu pod koniec sierpnia. Ach, vilenskaje baroka! :)
Mohylew mi się spodobał. Naprawdę. To po prostu kompletnie inne niż Grodno miasto, więc nie ma co porównywać. Inna historia, inne losy, inni mieszkańcy itd. Trochę brakuje tu grodzieńskiej sielankowości, ale da się przeżyć! Wracamy bardzo późno, a w trolejbusie następuje atak ciem! Dosłownie, atak, wleciały na przystanku, tysiące ich było, ludzie wpadli w panikę, zaczęli się trzepać jak nienormalni, komedia.
Następnego dnia przed południem ruszamy na Pole Bujnickie, oddalone o kilka kilometrów od miasta mauzoleum – miejsce bitwy obrońców Mohylewa z faszystami. Oczywiście idziemy pieszo, tj. biegniemy pieszo, taka specyfika podróżowania z J. :-) Łazimy po polu, ja oglądam armaty i inny sprzęt bojowy, a potem jeszcze fuksem udaje się nam wejść do kapliczki, bo ona jest tylko dla grup zorganizowanych, ale jakoś udało nam się przebłagać babkę i na sekundę zostaliśmy wpuszczeni. Po drugiej stronie szosy jest zoo. Ogromne! I tak pęka mój mit o tym, że zoo na Białorusi jest wyłącznie w Grodnie. Ok., jest najstarsze, ale nie dorasta mohylewskiemu do pięt. To zoo jest świetnie „wyposażone” a żubrów to ma ze 20! Oglądaliśmy je i oglądaliśmy, spoglądając co chwila na wybieg łosia, w nadziei, że może się pojawi, ale niestety, łoś nas olał.
Wracamy do domu, gotujemy obiad. Po raz pierwszy mam okazję spróbować jego draników. Lepiej niż niezłe. A na deser robimy serniczki, bo mi się wymsknęło, że to jedno z moich ulubionych białoruskich dań :-) Przyjeżdżają koleżanki z Homla, z którymi pod wieczór udaję się do centrum. Teraz to ja robię za przewodnika po Mohylewie, pojętna ze mnie uczennica (nie odpuszczam sobie wzmianki o wileńskim baroku…).
Spotykamy ich znajomych i lądujemy w bardzo fajnej restauracyjce. Grupa się nam rozrosła, siedzimy długo. Po wyjściu czekamy na J., który biedny niesie dwa plecaki (nic, że chciałam wziąć swój idąc z dziewczynami do centrum, gentleman jest gentleman). Żegnamy się i ruszamy na dworzec kolejowy, oddalony o kilka kilometrów ale co to dla nas i dla moich mega odcisków. Kupujemy bilet na nocny do Mińska i chyba szybko zasypiamy po dniu wrażeń.
Koło 5.00 wysiadamy w Mińsku i od razu jedziemy do akademika, co by się trochę jeszcze zdrzemnąć. Nie trwa to jednak długo, J. musi lecieć do pracy, tj. na staż. Zostawia mi klucze i obiecuje, że kiedyś wróci. Bo kilka miesięcy wcześniej obiecał, że pójdziemy do Kurapat i chce tę obietnicę spełnić, a przecież ja dziś jadę pociągiem nocnym do Grodna. Udaję się na sentymentalny spacerek po Mińsku, poszukuję też kilku starych numerów czasopisma Arche. Zachodzę do Galerii Ў, do Padziemki i do biura BNF… ale tam napotykam straszny widok, tj. gołe ściany, bo następnego dnia ma nastąpić eksmisja, o której tak było głośno. Dostaję jednak adres nowej siedziby. Ech, ale to już nie to miejsce, które dla mnie wiąże się z pierwszym pobytem na Białorusi :) Kupuję trochę książek, ale jak na złość nie starcza mi na numer tematyczny „Lingwistyka lat 20’”. Pech to pech.
Wracam więc do akademika i robię jako takie zakupy. J. wraca, robimy studencki obiad pierwsza klasa (czyt. tosty z chałki z serem żółtym). Siedzimy, słuchamy muzyki etno i planujemy jego nie tak już odległy wyjazd stopem po Europie. Rozważamy trasę, przejścia graniczne i ew. przystanki. Jak się później okaże, plan się dość znacznie zmieni, zamiast Barcelony, Budapesztu i zahaczenia Serbii będzie Ukraina, Budapeszt, Polska i znów ukraiński Lwów. Wyjazd krótszy ale nie mniej owocny :-) Wieczorem zaczyna lać, ale mimo to ok. 21.00 decydujemy się jechać do Kurapat. No przecież obiecał, nic, że pociąg, zdążymy. Z bagażem, w ulewnym deszczu pędzimy na oddalony przystanek, musimy wyglądać zabawnie, a J. na dodatek złapał fazę na śpiewanie , w związku z czym podśpiewuje Troicę. Po długim oczekiwaniu jedziemy, w międzyczasie robi się już ciemno. Dojeżdżamy na krańcówkę i dalej pieszo galopujemy do lasu kurapackiego. Tam czeka na nas jeziorko, woda ze strumyka wylała i brodzimy w niej po łydki. W kompletnej ciemności (czyt. brak latarni) idziemy jeszcze kawałek w głąb lasu, modlimy się za dusze tysięcy niczemu nie winnych Białorusinów (w tym kwiatu inteligencji) rozstrzelanych tu przez Sowietów począwszy od lat 30’XX wieku. Miejsce naprawdę warte uwagi! Wsio, pajechali, czas nas goni. Autobus, tramwaj, metro i wciąż ulewa. Po drodze uczę J. śpiewać slawistyczny hymn, tj. piosenkę „Đurđevdan”. Nieźle mu idzie i po chwili już jedziemy i śpiewamy :-) Jeszcze tylko bilet na zwykły wagon (który okazał się być znów przerobionym płackartem, kolej dba o pasażerów) i wybiegamy na peron. Tu następuje dramatyczna scena rozstania z obietnicą, że J. zahaczy o Polskę podczas podróży autostopem.
W pociągu dużo ludzi, jednakże bez ceregieli wskakuję się na górną półkę, gotowa do snu. Rozmawiam jeszcze trochę ze współtowarzyszami i zasypiam. Nie powiem, że spało się źle, ale począwszy od Zelwy konduktorka budziła mnie na każdej (!) prawie stacji wykrzykując „Dziewuszka, eto Zelva, vam do Zelvy”, potem „Dziewuszka, eto Ros’, vstavajtie, vam do Rosi” itd. Co z tego, że już za pierwszym razem wytłumaczyłam jej, że jadę do stacji końcowej? :-)
22.07 - Próbując docenić ryską starówkę.
Po krótkiej nerwówce zwiazanej z lądowaniem wychodzę na płytę ryskiego lotniska. Pogoda prawie tak dobra, jak w Gruzji. W budynku jest tak cicho i pusto, że sprawia wrażenie opuszczonego, nawet gostek z kantoru zrobił sobie dłuższą przerwę. Odbieram bagaż, rozmawiam z tym gościem z Kazbegi a następnie, pomna wiadomości forumowych (pozdr dla Kaukaz.pl :D ), wychodzę przed lotnisko w poszukiwaniu autobusu. Sztuka ta okazuje się być niezbyt trudną, bo autobus jest tylko jeden. Przy kupowaniu biletu (ee, 0,70 łata to mega przegięcie cenowe, przy którym chowa się nawet łódzkie MPK) konsultuję się z kierowcą co do tego, jak trafić na dworzec kolejowy. I tu uwaga – na Łotwie naprawdę często będziecie słyszeć rosyjski, nie łotewski. Możecie spokojnie rozmawiać po rosyjsku. Ludzie nie mają uprzedzeń do tego języka, co zdarza się ponoć na Litwie i w Estonii. No i jest tu mnóstwo ludzi bez obywatelstwa, ale o tym później.
Przejeżdżamy rzekę, ładne nabrzeże portowe, wysiadam w centrum. O, jest coś jakby dworzec, fakt, napisane po łotewsku ale aż takim łosiem nie jestem, żeby nic nie zrozumieć :-) W gąszczu kas odnajduję te międzynarodowe, w których sprzedaje się bilety w kierunku Rosji i Białorusi. Uh, i oto on, bilet Ryga-Mińsk na dzisiejszy wieczór (odjazd o 19.00, w Mińsku trochę po 7.00), jedyne 14 łatów i to za obszczin wagon. Dobra, to mogę teraz iść trochę pozwiedzać, chociaż przez ten upał, niewyspanie i bagaż nie bardzo mi się chce łazić po ryskiej starówce. No, bagaż zostawiam w przechowalni (yyy 2 łaty ta przyjemność) i wychodzę w miasto.
Dworzec znajduje się w pobliżu starówki, więc jak zawsze śpiesznym krokiem kluczę po malowniczych uliczkach i wreszcie dochodzę do celu. Starówka jest mała i odnowiona, dość urokliwa. Bardzo widoczne są niemieckie wpływy. Sporo tu świątyń, gotyckich, strzelistych. Ten nieodczuty niestety przeze mnie urok Rygi przyciąga do miasta tysiące turystów, także z Polski. Przebijanie się przez liczne wycieczki spacerujące krokiem pogrzebowym po starówce to naprawdę żadna przyjemność, dlatego udaję się do pobliskiego parku. Ludzie wygrzewają się na ławkach i na trawce, sielanka. Tego dnia wielu młodych Łotyszy miało ze sobą namioty (albo pokrowce od nich), wydaje mi się, że szykowała się jakaś grubsza impreza, tj. festiwal.
Dzień mija mi na błądzeniu po Rydze, po czym wracam na niezbyt przytulny dworzec pozbawiony (sic!) poczekalni czy choćby ławek. Siadam więc przed dworcem na placu (prawdopodobniepopularne miejsce do siedzenia ) i popijam cydr z puszki ;) Bomba.
Nareszcie nadchodzi czas na mój pociąg, podjeżdża pół godziny wcześniej i wpuszcza nas na pokład. Zdziw miesiąca dot. białoruskich kolei (którymi sporo się przecież najeździłam w życiu) – gdzie się podziały obszczije (wspólne, zwykłe) wagony z ławeczkami? Nasz wagon to płackart (z półkami do spania i stolikami) tylko przenumerowany na zwykły. Niestety wydaje mi się, że jest zbyt wielu podróżnych, by móc spokojnie znaleźć miejsce do spania. Już po chwili jednak okazuje się, że wszyscy z naszej „strefy” w wagonie wysiadają przed granicą łotewsko-białoruską i tylko jeden staruszek dojeżdża do Połocka. Super. Rozmawiamy, wręcz dyskutujemy na różne tematy, głównie jednak o patriotyzmie i Rosjanach (i Polakach, bo mój sąsiad jest staruszkiem polskiego pochodzenia) na Łotwie. Przy kontroli biletów wychodzi na jaw, że z naszej siódemki 4 osoby nie posiadają żadnego obywatelstwa – łotewskiego po powstaniu niekomunistycznej Łotwy nie przyjęły, a rosyjskie mogliby mieć, ale nie mają. Te kilka godzin z nimi rozjaśniło mi trochę sytuację społeczno-polityczną Łotwy, przynajmniej w kwestiach narodowościowych.
Po Daugvapils zostaję ja i dwoje staruszków, Polak i ten drugi, co do Połocka jedzie. Panowie nalegają, żebym się jednak położyła, bo do granicy jeszcze co najmniej dwie godziny i dalej jeszcze ile jechać, a przecież musze odpocząć. Wdrapuję się na górę i szybko zasypiam, budzi mnie pogranicznik. To chyba najszybsza kontrola na białoruskiej granicy, jaką w życiu przeżyłam, na dodatek pamiętam to jak przez mgłę, nie wiem, co mówiłam ,o co pytał itd. Bagażu oczywiście nie sprawdzali, więc od razu się kładę. W Połocku żegna się staruszek i zostaję sama. Do Mińska jeszcze jakieś 4-5 godzin, więc lulam. Pod koniec jazdy budzę się, a w pociągu tłum i do tego wszyscy śpią :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)